Męska komedia (bromance) braci Farrellych, których polski widz zna z takich przebojów jak „Dziewczyna moich koszmarów” czy dużo wcześniejszy „Sposób na blondynkę”. To pierwszy film braci po czteroletniej przerwie, ale uwaga: fani specyficznego poczucia humoru Farrellych będą ukontentowani co najwyżej tylko w połowie.
Zaczyna się obiecująco: Rick i Fred zdradzają symptomy zaawansowanej erotomanii: obaj nie mogą przestać się oglądać za kobietami, coraz częściej zaglądają na strony xxx, a od ich dowcipów żonom dosłownie puchną uszy. W końcu kobiety – wciąż atrakcyjne czterdziestolatki, postanawiają udzielić mężom tygodniowej „dyspensy”. Zabierają dzieci na wakacje, dając niesfornym małżonkom całkowicie wolną rękę. Nasi podtatusiali Don Juani, dopingowani przez trzech innych kobieciarzy niezwłocznie udają się na łowy do miejscowego baru. Kończy się jednak na upolowaniu tłustej wołowiny, po której nikt nie ma już siły na amory. Każdy kolejny dzień słomianego kawalerstwa wieńczy podobna przygoda, w tym czasie żony bohaterów podbijają serca przystojnych zawodników drużyny futbolowej. Rodzi się pytanie, kto bardziej skorzysta na małżeńskiej przepustce...
Zawieszenie ślubnej przysięgi, okazuje się obosiecznym mieczem – ma tyle samo zalet, co wad. Farrelly są sprytnymi moralizatorami, którzy jak w reklamach Sprite'a – pokazują nam pewną fantazję, ostrzegając jednocześnie, przed próbą powtarzania eksperymentu w domowych warunkach. Przesłanie jest mniej więcej takie, że większość z nas nie ma odwagi, by żyć zgodnie z ukrytymi pragnieniami, a fantazji erotycznych lepiej nie realizować. Wiążą się z tym bowiem rozmaite koszta i straty – od tych najbardziej policzalnych do zupełnie nieobliczalnych: jak konieczność wytłumaczenia się z „suchej minety” czy narażenia ukochanego samochodu na starcie z chłopakiem poderwanej dziewczyny. Nie mówiąc już o ryzyku chorób wenerycznych, czy choćby zwykłego rozwolnienia, które też potrafi skutecznie obrzydzić seks z nieznajomą...
Jak można było się spodziewać, żartów fizjologiczno-genitalnych w „Bez smyczy” nie brakuje. Są one pewnego rodzaju stemplem autorskim w komediach braci, przez niektórych widzów szczególnie zresztą cenionym. Mnie ten humor nie oburza, ale też specjalnie nie bawi (może poza sceną z jacuzzi, w której bez parawanu pokazano męską anatomię). Szkoda tylko, że pod względem aktorskim całość wypada dość przeciętnie. Poza wyjątkowo nieapetycznym Owenem Wilsonem (aktor straszy żółtymi oczami i wdziękiem rencisty) – mamy tu raczej drugoligową obsadę, która często niepotrzebnie szarżuje. Film ratuje lekka konstrukcja narracyjna rozpięta na rusztowaniu kolejnych dni tygodnia, których przemijanie to komediowy samograj. Oczywiście znajdzie się tu też kilka udanych gagów – monologi waginy, przygoda z ciasteczkami haszyszowymi, czy lekcje podrywu dają szansę na bezpruderyjny śmiech. Nie jest to jednak komediowa forma jaką bracia prezentowali w czasach „Sposobu na blondynkę”, a nawet „Dziewczyny moich koszmarów” nie da się z tym porównać. Na szczęście wnioski, jakie płyną z tego seansu można uznać za słusznie pouczające. Mianowicie, że kobiecie i tak zawsze łatwiej o przypadkowy seks oraz że po latach doskonalenia tanecznych figur ze stałym partnerem, pijacki skok w bok może się okazać doświadczeniem karkołomnym i kontuzjogennym.
Dorota Smela


09.04.2011, 06:26 | Lubię to 0
30.04.2011, 16:35 | Lubię to 0