"Igrzyska śmierci" jest triumfem Hollywood jako machiny do przetwarzania kulturowych mitów. To zaskakująca (jak na hollywoodzki blockbuster) metafora współczesnego indywidualizmu i rywalizacji, ujęta w formie karykaturalnych Głodowych Igrzysk. Film Gary'ego Rossa porównuje się do "Sagi Zmierzch", ale to nietrafione porównanie, bo bije on wampirzą sagę na głowę.

Recenzenci starszej daty przeklinali "Igrzyska śmierci", wychodząc z warszawskiej Galerii Mokotów, gdzie odbył się pokaz prasowy filmu. "Gorzej być nie może", "Na cholerę tu przyjeżdżałem", "Śmieć" - denerwowali się. Film trwa dwie godziny i dwadzieścia dwie minuty i jest męką dla wszystkich, którzy uważają, że historia kina kończy się na Antonionim. Wszyscy inni powinni "Igrzyska śmierci" zobaczyć, choćby dlatego, że wyznaczają one nowy standard filmowego widowiska dla młodego widza.

"Igrzyska śmierci" przypominają połączenie czarnego dramatu społecznego, mitu greckiego i filmu "Battle Royale". Oto Stany Zjednoczone, a właściwie, ich futurystyczne wyobrażenie - podzielone na dystrykty, w jednych mieszka biedota, w drugich kasta bogaczy, którzy raz w roku organizują Głodowe Igrzyska (oryginalny tytuł filmu to "Hunger Games"), telewizyjny show, którego uczestnicy (dwie osoby z każdego dystryktu) walczą ze sobą na śmierć i życie. Obowiązuje jedna zasada: przeżyć może tylko jedna osoba. Świat "Igrzysk śmierci" poznajemy oczami Katniss Everdeen (w tej roli świetna Jennifer Lawrence), odważnej łuczniczki, która chcąc uratować z opresji swoją siostrę, zgłasza się do "Głodowych Igrzysk" jako ochotniczka.

Najbardziej zaskakuje w "Igrzyskach śmierci" przełamywanie schematów narracyjnych: szczęśliwego dzieciństwa, romantycznej miłości, sprawiedliwej rywalizacji, dobrego zakończenia. Gary Ross, opierając się na powieści Suzanne Collins, stworzył sugestywny obraz dystopii, w której wizerunek jest miarą sukcesu, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem. Rzadko oglądamy tak bezkompromisowo czarny obraz rzeczywistości w superprodukcji skierowanej zasadniczo do młodzieży.

Wadą "Igrzysk śmierci" są dłużyzny w drugiej połowie, wątek miłosny wydaje się najsłabszy, chwilami za bardzo skręca w tendencyjny melodramat. Napięcie opada, gdy śmiertelna gra przestaje być medialnie transmitowana. Rozczarowuje zakończenie, które wydaje się niedopracowane, jakby montażyści musieli dokonać skrótów w finale. Poza wszystkim, to jednak bardzo solidna, rzemieślnicza robota, bez wątpienia jedna z najciekawszych hollywoodzkich premier tego roku. Ze względu na efekty specjalne i fantastyczne zdjęcia Toma Sterna warto zobaczyć go w kinach, nie czekając na premierę DVD lub VOD.

Łukasz Knap

Ocena: 7