Peter Weir zrobił Polakom kosztowną, ale niezborną laurkę. Co teraz zrobić z niechcianym prezentem? Za "Niepokonanych" australijski reżyser powinien dostać od polskiego prezydenta order i skrzynkę gorzkiej żołądkowej. Może dzięki temu drugiemu zrozumiałby, że Polacy to nie tylko męstwo, odwaga i niezłomna walka o wolność...

Książka, która zainspirowała Weira do nakręcenia filmu ("Długi marsz“) musiała zostać sfilmowana. Trudno o równie nieprawdopodobną, ale też filmową opowieść jak historia ucieczki porczunika Sławomira Rawicza oraz siedmiu innych więźniów z sowieckiego gułagu przez Himalaje aż do Indii. Żaden hollywoodzki producent nie wymyśliłby tego lepiej. Pal licho, że wydarzenia opisane w książce mijają się z prawdą (np. Rawicz został z gułagu zwolniony na mocy amnestii), oglądając film nie zastanawiamy się nad tym, jak to było możliwe, tylko dlaczego to jest takie nudne.

Każdy może na to pytanie odpowiedzieć na własną rękę. Odpowiem po swojemu. W „Niepokonanych“ Weir przyjął karkołomną postawę wobec historii: na kolanach, ale z perspektywy lotu ptaka. Z takiego rozkroku mógł mu wyjść tylko film średniego lotu, z przewidywalną fabułą, pomnikowymi postaciami: waleczny i sprytny Polak (Jim Sturgess), który ani ziębi, ani grzeje, bo jest taki porządny i nieskazitelny, porywczy Rosjanin (Colin Farrell), który jest jak dwaj bracia Karamozow w jednym. Z całej gromady uciekinierów, szurnięta postać Farrella ma najwięcej ikry, czego nie da się powiedzieć o pozostałych bohaterach. Ich interakcja jest anemiczna, jak na "4000 mil do wolności" droga przebiega niemal bezkonfliktowo, chłopaki prawie się nie kłócą.

W najlepszych filmach Weira jak „Piknik pod Wiszącą Skałą“ czy „Stowarzyszenie Umarłych Poetów“ było miejsce na niedopowiedzenie, metafizykę. Tutaj, pomimo przestojów w akcji, reżyser nie znalazł czasu na jakąkolwiek niejednoznaczność. Cel bohaterów jest jasny, ale ich motywacje są mętne (Polak chce wrócić do domu, bo chce przebaczyć żonie, która na niego doniosła). Dramaturgia "Niepokonanych" to szczerbate zęby, ze świecą w dłoni trzeba szukać punktu kulminacyjnego czy zwrotów akcji. Bohaterowie idą, ale akcja drepcze w miejscu. Reżyser szuka sposobu, żeby zbudować napięcie, odkrywa przed nami tajemnice uciekinierów, ale łatwo w tych królikach z kapelusza wyczuć fałszywe sztuczki.

"Niepokonani" to jeden z najsłabszych filmów Weira jakie wiedziałem, ale nie jest to reżyserska klęska. Bronią się tu pierwsze sekwencje. Po seansie zostaje w głowie obraz brutalnego świata gułagu, zwierzęcego głodu oraz panoramiczne ujęcia tajgi. To jednak niewiele jak na reżysera dużego formatu. Od Petera Weira mamy prawo oczekiwać znacznie więcej.

Łukasz Knap

Ocena: 4