Od kiedy wyszłam z sali kinowej próbuję znaleźć w pamięci film, z którym tę wykręconą szwedzką komedię dałoby się porównać. I nic. Oczywiście nasuwa mi się mnóstwo skojarzeń, ale żadne konkretne. Chyba tylko krótkometrażowy „Music for One Apartment and Six Drummers", który stanowi niejako preludium do „Nieściszalnych”. Ola Simonsson i Johannes Stjärne realizują tu bowiem ten sam pomysł, co w swojej wczesnej pracy, tyle że na dużo większą skalę. W pierwszym filmie muzyka wydobywana była ze sprzętów codziennego użytku w wynajmowanym mieszkaniu, teraz sześciu perkusjonistów ma zagrać skomplikowaną czteroczęściową suitę na instrumentach, jakie zaoferuje im miasto. Po kilku drobnych dywersjach policja wie już jednak o ich istnieniu i przygotowuje zasadzkę. Nieustępliwy oficer Warnebring prowadzi kwerendę w antykwariatach, szukając nabywców starych metronomów, które seryjni muzycy pozostawiają zawsze po sobie, i które jemu kojarzą się z udręką dorastania w domu melomanów. Śledczy zwierza się, ze od dziecka był głuchy na melodie. Rodzice próbowali jednak na siłę wycisnąć z niego talent, by ostatecznie uznać za upośledzonego i skupić na drugim synu – dziś światowej sławy dyrygencie, którego sukcesy budzą w policjancie szczerą niechęć. I właśnie w oczekiwaniu na galowy występ brata chce on ująć miejskich partyzantów, nie wiedząc nawet, że szykują oni program który na zawsze zmieni jego życie.

Cała ta szalona intryga jest połączeniem wielu pozornie sprzecznych składników – mamy tu bowiem slapstickową komedię, romans, elementy satyry, filmu gangsterskiego i sztuki konceptualnej. Współgranie tych różnorodnych estetyk wywołuje niezwykle oryginalny efekt artystyczny, którego nadrzędną zasadą porządkującą jest właśnie rytm. Beat jest tu najważniejszy – to on rozbija bylejakość dźwiękowej magmy, która dominuje w przestrzeni publicznej. Tzw. ”muzyka wind” otępia zmysły i zabija wrażliwość, czyniąc z przypadkowych słuchaczy zombie. Jedyną alternatywą dla owej papki miałby być koncert Brahmsa dla podstarzałych snobów. Tak, jak dawno temu Marcel Duchamp wniósł do galerii pisuar, tak wywrotowy sekstet stara się udowodnić, że arcydzieło można zagrać na czyimś brzuchu, koparce albo przewodach wysokiego napięcia. Seria niezwykle zabawnych live actów rozgrywanych w nietypowych lokalizacjach miejskich, to koncertowe akty terrorystyczne, których celem jest protest przeciwko homogenizacji, komercjalizacji, instytucjonalizacji i ciągłemu ograniczaniu żywiołu muzyki.

Ów manifest byłby jednak prawdopodobnie niestrawny, gdyby nie bezpretensjonalni bohaterowie (w większości muzycy grający muzyków) i purnonsensowy humor, który swobodnie unosi się nad ich wszelkimi poczynaniami. Nie ustępuje on w niczym prześmiesznym „Jabłkom Adama”, pewnie dlatego, ze za jednym i drugim stoją przecież ci sami ludzie. Do tego szczypta sensacji powoduje, że akcja płynie tu równie wartko, co w hollywoodzkim „Ocean's 11”. Przede wszystkim jednak na kolana rzuca absolutnie niesamowita ścieżka dźwiękowa w stylu lżejszej wersji „Einsturzende Neubauten” i „Throbbing Gristle”. Jeśli tylko macie duszę anarchisty i ucho otwarte na eksperymenty, powinniście być zachwyceni, tak jak autorka powyższej recenzji.

Dorota Smela