Banalna farsa mieszczańska czy może nowe arcydzieło twórcy „Dziecka Rosemary”? Jedno jest pewne. „Rzeź” nie pozostawia nikogo obojętnym. Można usłyszeć głosy, że to film „płytki” i „teatralny”, ale takie zarzuty są niesprawiedliwe. Roman Polański zaskakuje: prostotą, wyobraźnią i poczuciem humoru.

Wbrew pozorom „Rzeź”, ekranizacja kameralnej sztuki Yasminy Rezy, była trudna w realizacji. Poprowadzenie filmu, którego akcja rozgrywa się zasadniczo w jednym pomieszczeniu, ma czterech bohaterów i jeden główny wątek, wymaga żelaznej dyscypliny. Nie tylko ze strony reżysera, ale także scenografa, operatora i – last but not least - aktorów. „Rzeź” jest arcydziełem filmowego minimalizmu. To film jak ze sklepu Ikea: prosty, ale w swojej prostocie wyszukany. Rozrywkowy, ale inspirujący, dający do myślenia. Chce się do niego wracać. Wszystkim się podoba, ale mało kto się do tego przyznaje.

Racja, scenariusz jest wagi piórkowej. Ot, jeden chłopak pobił drugiego. Rodzice agresora przychodzą do rodziców pobitego. Jest im bardzo przykro, obiecują, że za wszystko zapłacą, a mały za wszystko przeprosi. Ale od słowa do słowa, od kieliszka do kieliszka, odsłaniają się prawdziwe intencje oraz fałszywa poprawność rodziców, których zaślepia fanatyczne pragnienie sprawiedliwości. Nietrudno odnaleźć w tym wszystkim analogię do sytuacji, w której znalazł się sam Polański, oskarżony za gwałt na nieletniej. Reżyser zdaje się mówić: rzucajcie we mnie kamieniem, ale najpierw przyjrzyjcie się sobie, zobaczcie, ile w waszej chęci wymierzania sprawiedliwości jest potrzeby wyższości, władzy, resentymentu i hipokryzji.

Jeśli coś w tym filmie razi, to schematyczność konfliktów, które rozgrywają się dwójkowo – para kontra para, on kontro ona, ona kontra on, oni kontra one i tak w koło Macieju. Dochodzi do sytuacji, w której każdy jest skłócony z każdym, a dynamika sporu przypomina proste równanie matematyczne, nie muszę chyba dodawać, że wynik jest łatwy do przewidzenia. To zresztą zabieg wykalkulowany. Sprawia, że kamera zatrzymuje się na bohaterach, a pod tym względem – jako katalog zachowań nowych strasznych mieszczan - „Rzeź” jest niezrównana.

Dużo komplementów padło pod adresem aktorów. Potwierdzam: Jodie Foster, Kate Winslet, Christoph Waltz, John C. Reilly – wszyscy, bez wyjątku, zagrali koncertowo. Duża w tym zasługa Polańskiego, który zostawił tak dużo miejsca aktorom. To we współczesnym kinie rzadkość, prawdziwe kreacje aktorskie częściej widujemy w produkcjach telewizyjnych. „Rzeź” zresztą pod wieloma względami przypomina – w dobrym tego słowa znaczeniu - nowe amerykańskie seriale, które obecnie są mekką odważnych scenarzystów i reżyserów. Film kończy się jak ostatni odcinek sezonu ulubionego serialu – żałujemy, że to już koniec.

Łukasz Knap

Ocena: 8