Nie jest to ani hit, ani klapa tygodnia. Pewnie dlatego, że dla ekranizacji prozy Stephenie Meyer należałoby stworzyć oddzielną kategorię. Bez względu na to, jak bardzo przeklinalibyśmy jej fabuły za efekciarstwo, szerzenie złego smaku czy brak logiki, i tak pozostaną one swoistym fenomenem. A nad fenomenami warto się pochylić, co niniejszym czynię.
Tak się składa, że recenzuję wszystkie kolejne części filmowej „Sagi Zmierzch”. I kiedy już wydawało mi się, że historia miłości delikatnej Belli i przystojnego Edwarda nie może mnie niczym zaskoczyć, przeżyłam podczas seansu „Przed Świtem” prawdziwy szok. Światopoglądowy i estetyczny.

Film rozpoczyna się zapowiadanym wcześniej ślubem. Bella (Kristen Stewart) wstępuje na ślubny kobierzec z Edwardem (Robert Pattinson) gotowa oddać mu nie tylko swój wianek, ale także nadstawić karku i stać jedną z nieśmiertelnych Cullenów. To cios dla zakochanego w niej Jacoba (Taylor Lautner) – wilkołaka, który wybór ukochanej postrzega w kategoriach samobójstwa. Jeszcze większa złość wstępuje w niego jednak w wieczór weselny, kiedy okazuje się, że Bella zmieni się dopiero po upływie miesiąca miodowego, którym chce cieszyć się w ludzkiej postaci. Wilkołak słusznie przeczuwa zagrożenie. Przepiękny apartament nad oceanem i egzotyczne plenery romantycznej podróży staną się tłem wielkiego dramatu młodej dziewczyny.

Trudno pisać o tym filmie, pomijając jego fabularne zakręty. A przynajmniej te najistotniejsze wydarzenia, które i tak wszyscy znamy z kampanii reklamowej filmu. Otóż w zaciszu brazylijskiej sypialni dojdzie wreszcie między krwiopijcą i dziewicą do zbliżenia fizycznego. I trzeba przyznać, że otoczka jaką twórcy nadają owej sytuacji jest co najmniej specyficzna. Po stosunku płciowym z wampirem ciało Belli pokrywają paskudne sińce. W jeszcze gorszym stanie jest sypialnia, która wygląda jak po przejściu huraganu. W ten sposób romans skrojony jak dotąd na wymiar wrażliwości naiwnego podlotka robi się dziwnie mroczny. Bo owe sado-masochistyczne skojarzenia pociągają za sobą dalsze, makabryczne konsekwencje. Dość powiedzieć, że biedną Bellę za seks z demonem (jak nazywa się Edwarda) spotka sroga kara. Zapłaci cenę, jakiej żadne z nich nie wliczało w koszt podróży. I nie chodzi tu wyłącznie o nieplanowaną ciążę, którą twórcy starają się wystraszyć małoletnią publikę. Seria filmowa (i książkowa), która zbudowała swoją markę na ostentacyjnym unikaniu fizjologii, promowaniu przedmałżeńskiej czystości, czy wręcz sterylności, staje się bowiem cielesnym horrorem, w którym choroba, rozkład, tortury, a nawet gore wypełniają większość seansu. Nasza biedna bohaterka dosłownie kąpie się tu we krwi i wnętrznościach.
Owe potworne obrazki sprawiają, że bezpłciowi członkowie wampirzego klanu wydają się jeszcze bardziej marionetkowi, a obecność wilków zwyczajnie razi. Powstaje dziwaczny miks estetyk, w którym krwawe sceny z operacji bez znieczulenia przeplatają się z fragmentami przypominającymi bajkę o Czerwonym Kapturku. Być może tak eklektyczny gust ma współczesny licealista, który jest ponoć głównym odbiorcą serii. Nie tłumaczy to jednak faktu, że owo romantyczne fantasy stało się jakby własną karykaturą, niepotrzebnie zabierając głos na temat powikłań ciążowych, badań prenatalnych i ochrony życia poczętego.

Seans kończy się w niepokojącej, perwersyjnej atmosferze. I choć niekiedy na usta ciśnie się tu ironiczny uśmieszek, nie jest on już tak beztroski. Nad poczciwym „Zmierzchem”, z którego wszyscy się śmiali zawisł bowiem jakiś ponury radykalizm, podobny do tego jaki przyświecał naszej skrajnej prawicy, kiedy chciała ostatnio znieść trzy wyjątki dopuszczające przerwanie ciąży. (Na myśl przyszły mi tu też owe kuriozalne antyaborcyjne misteria wystawiana przez pastorów w amerykańskich kościołach.)
Mimo to nie sposób nie docenić sporej wyobraźni twórców filmu i kreacji Kristen Stewart, która przełamała schemat, pozwalając charakteryzatorom tak bardzo się oszpecić. Należałoby też wspomnieć o soundtracku, który znów jest jedną z najmocniejszych stron filmu. Tu obok dobrze znanego Iron and Wine'a słychać także australijski duet Angus & Julia Stone, indierockowy Sleeping at Last, czy nowe odkrycia takie jak Imperial Mammoth i Cyder Sky. Ciekawe, co dalej wydarzy się w tej fabule, która wyraźnie nawiązuje do „Dziecka Rosemary” i cyklu o Obcym...Jesteście ciekawi?

Dorota Smela

Ocena: 5